Mam tego dość. Nienawidze tej "nowej siebie", nienawidze tego mojego "nowego życia", "nowej codzienności". Bo to nie jestem ja, to nie jest życie. A jeśli tak, to po co egzystować w takim bagnie?
Wszystko co dotychczas robiłam było dopracowane, wkładałam w to siebie, robiłam to szybko, bez trudności, ale zarazem dając z siebie wszystko, głupie zadanie z polskiego było okazją, by się wykazać, a ja takich okazji szukałam wszędzie, wszystko (prawie) mi wychodziło. Teraz pół godziny siedzę nad czymś, co w przeszłości zajęłoby mi może 5 minut, a przewyższałoby efektem pracę o niebo. Czuję, że spadam, spadam, spadam, spadam, może lepiej oddaje tą postać słowo "staczam się"? Teraz (prawie) nic mi nie wychodzi, nie mam na nic siły, na nic ochoty, to co kiedyś sprawiało przyjemność stało się koszmarnym obowiązkiem. Nienawidzę tego. Nienawidzę tego stanu, nasuwa mi się myśl "chcę do domu", nie w znaczeniu dosłownym, bo w domu i tak dalej męczy mnie ta przeklęta "nowość". Chcę do "starego domu", do przeszłości.
O matko, ile bym dała, by znów czuć się tak jak dawniej, by znów mieć chęć do życia, zapał, wszystkie "talenty", umiejętności, które znikły, rozpłynęły się jak poranna mgła...
"Nowość", ta "nowość" to dla mnie ból, smutek, gorycz. Nieporozumienie, ale nieodwracalne. NIEODWRACALNE. Dlaczego? Nie wiem, nie interesuje mnie dlaczego, interesuje mnie JAK. Jak to się stało i jak to ZMIENIĆ? Czy jednak "dlaczego" nie jest kluczem? Kolejne pytanie: kluczem czego? To bez sensu, pytań jest za dużo, dodatkowo nie mają uzasadnienia, nie mają odpowiedzi... Szukam pomocy, ale nigdzie jej nie dostrzegam, może kiedyś dałabym radę sama, ale czy teraz dam? Jestem pewna, że nie, więc mi się nie uda. Ale stać mnie na odpowiedź "tak"? Znowu pytania. Nienawidzę ich, nienawidzę wszystkiego. A teraz samo sedno: czy to, co mówię w tym akapicie jest prawdą, czy ja w głębi serca, w głębi duszy, tak sądzę, czy jest tam tylko bezkres nienawiści? Oczywiście, że nie. I tutaj sprawa jest najbardziej zawiła.
Mam przeklętą świadomość tego, co naprawdę myślę i czuję (choć nie do końca wiem co czuję i myślę, to chyba prawdziwy problem - nie znam siebie, nie rozumiem siebie, lub tak tylko sądzę), ale z powodu... czego? goryczy, smutku, złości, braku chęci, wmawiam sobie coś, co mnie jeszcze bardziej unieszczęśliwia, napawa pesymizmem i wszelakimi złymi emocjami. Po co? Dlaczego? Jak? Nie rozumiem. Tak naprawdę nie chcę rozumieć, w naturalnym odruchu chcę tylko, by to minęło, skoro nie mogę (lub myślę, że nie mogę, przecież wszystko jest możliwe) stawić temu czoła i zniszczyć tego, pragnę schować się i przeczekać, niech minie samo. Ale TO samo nie minie...
Co ma zrobić taki człowiek, jak ja? Zatrzymać się?
Nie powinien, ale ja stoję, nie, przepraszam, spadam, staczam się. W głębi serca czuję co powinnam zrobić, wiem, że potrafiłabym to zrobić, może i nie wiem jak, ale wiem inne rzeczy, przez to właśnie cały ten dylemat. Ale co, dokładnie, CO mi przeszkadza? Po chwili zastanowienia przychodzi mi na myśl zwykły brak wiary w siebie. Zwykły.. To aż śmieszne określenie w tym przypadku. Powinnam więc wziąźć się w garść i przełamać, dopasować się do otoczenia, zmienić otoczenie, albo obecne dopasować do siebie... Poddać się i tchórzosko zginąć bądź uciec lub wygrać. Teraz ginę (tak dla jasności, ale już to wiecie, po prostu, żebyście nie zapomnieli. A tak na serio, to przez gorycz tak to podkreślam). Muszę wstać. Taaa, łatwo powiedzieć a trudniej zrobić, wiem, już nieraz to powtarzałam, nie tylko sobie...
Wybaczcie, że ten i ostatnie posty są tak nudne i trudne, pełne smutku, pesymizmu, złych uczuć. Ale, jeśli jeszcze je czytacie (nie zdziwię się, że nie, przecież nikt nie lubi czytać o takich rzeczach, nie kryję urazy, choć byłoby nieco smutno) rozumiecie, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Jednakże nie umiem inaczej, nic nie umiem. Ech...
...................................................................................................
Tak na marginesie było Halloween :) Było fajnie a KTOŚ nie chciał wyjść i stałyśmy z Agą i jej kuzynostwem pod JEGO domem -.- Ale wyszedł w końcu. Klar przyjechała pod aptekę xD Faajnie było. Ludzie są naprawdę nieźli. Niektórzy mieli teksty ^^
Ale mimo chwilowego udawania dobrego humoru i nikłego uśmiechu pragnę opisać Wam to, gdy w jednej z tych cennych, ulotnych chwil będę szczęśliwa i zdolna, do przekazania Wam w pełni radości, jaką przeżyłam w Noc Duchów, 31 października. Chcę, byście w końcu mogli poczytać coś przyjemnego, a nie tylko przygnębiającego.
Więc żegnajcie na dziś :) Dobranoc kochani! Klar, dziękuję za komentarz, widzisz, to "zajebiście" i ewidentne pogorszenie mojego słownictwa to kolejny skutek zjawisk opisanych powyżej ;)
Gorąco pozdrawiam!
PS: I życzę udanego piątku, może mi też się uda...
Przeczytałam! Przeczytałam! Przeczytałam! Hahaha. Odbija mi. Mój humor jest całkiem inny od Twojego! :D Weź się ogaraj i bd good! :D Chciałabym Ci dać chociaż część mojego Super, Mega, Hiper (aż za bardzo chyba xd) dobrego humoru! : D
OdpowiedzUsuńPozdrowienia ; *
Pat. ; d