środa, 24 sierpnia 2011

Cóż, po prostu mi smutno.

Tak... Cóż, dzisiejszy dzień zapowiadał się obiecująco, wręcz fantastycznie. Wstałam rano, mój pies niestety wymiotował, ale mu przeszło (Zoja ma bardzo odporny żołądek ;P) i byłam z nią godzinę na dworze, porządnie wyczesałam (okropnie się leni) i wróciłam do domu ok. 9. Po zjedzeniu śniadania pogapiłam się w ekran telewizora, po czym naszła mnie dziwna chęć - miałam wielką ochotę próbować moje, hmm, wyczucie stylu, może tak to nazwę. Krótko mówiąc, przebierałam się bez końca, wywracając całą szafę do góry nogami. Jeden z zestawów bardzo mi się spodobał (czarna spódnica + czarny top na ramiączkach + pleciony, jasny pasek na biodrach + kamizelka z jasnego dżinsu oraz specyficznie zawiązana, cieniusia, letnia chusta w kwiatki. Efekt był co najmniej ciekawy ^^) i postanowiłam, że tak właśnie ubrana pojadę z Pat do kina. Potem, biorąc przykład z Pat, sięgnęłam po tusz do rzęs (a co, w końcu mamy jeszcze wakacje!). A jak już się sobie przyjrzałam, to w sumie myślę, że cienka kreska czarną kredką nic nie zaszkodzi. No i tylko jasny cień i błyszczyk. Taaak, nigdy się nie maluję, więc raz można odstąpić od schematu ;D No, tylko włosy nie mogą być spięte. Opadły kaskadą na ramiona, zdziwiło mnie, jakie te kosmyki są proste. I mam naturalnie rozjaśnione końcówki ^^ Przyjrzałam się całemu efektowi. Makijaż był prawie niewidoczny, a o to mi przecież chodziło, wszystko ze sobą współgrało, tak, podobało mi się ;P Byłam zadowolona ze swego dzieła, tylko miałam wątpliwości, czy aby nie przesadzam. Gdy już miałam olać całe te rozważania i zbierać do wyjścia, bo zegarek wskazywał 11:30 pare, zaczął kropić deszcz. Pat dzwoniła czy idziemy, ale powiedziałam, że tak, przecież mam parasolkę i będziemy jechać banem. Potem deszcz trochę przybrał na sile i zagrzmiało. Pat nie chciała iść, słyszałam w jej głosie, że chyba jej się już odechciało, więc nie naciskałam i nie upierałam się przy swoim, choć burza po dosłownie kilku minutach minęła i spokojnie mogłyśmy iść... Nawet wyszło na chwile słońce. Jeden z moich planów legł w gruzach i co miałam robić, przebrałam się w coś luźnego (odjęło mi chęć przebierania, malowania i strojenia), zmyłam make-up z twarzy i zasiadłam przed telewizorem. Trafiłam na fajny film, ale po obejrzeniu go znów zaczęła doskwierać mi samotność (cóż, tata w nowym biurze, a to nie jest już mieszkanie obok, tylko pare kilometrów oddalone miejsce, o którym nie bede teraz tu pisać, Weronika z mamą gdzieś poszły, z Mikołajem rzecz jasna [młodszy braciszek Matyldy, mama pracuje jako jego opiekunka], a ja siedzę w domu sama jak ten kołek). W końcu poszłam porysować.
Potem przyszła mama, ale miałam podły nastrój i wszystko mnie wkurzało. Poszłam z psem, ale na chwile, bo było tak piekielnie gorąco i przyjechał tato, oglądaliśmy film ("Wytańczyć Marzenia", jeden z moich ulubionych, polecam :)), humor mi się trochę poprawił.
Klaru wróciła znad morza, miałyśmy się więc spotkać. Tylko gdy napisałam do niej SMS'a czy idzie na dwór, okazało się, że jest z Pat w Mag. Poczułam się trochę dziwnie. Poczułam się trochę, no, olana. Tak, pytałam się Klaru o to już wczoraj, a Patrycja pewnie wyskoczyła z tym nagle, może nawet tuż po burzy... I Klaru pewnie po prostu nie pomyślała, zapomniała. Jeszcze teraz weszłam, napisałam do Patrycji "cześć", a ona do mnie od razu "muszę lecieć, pa.". Trochę dziwnie się poczułam, no, już całkiem olewana i niechciana. No tak, dziewczyny razem będą w klasie, będą miały nowych ludzi i siebie, ja już nie będę im potrzebna....
Tylko, no, po prostu jest mi smutno. Jutro też nie idziemy do kina, bo Pat jedzie z mamą do babci. Klaru powiedziała, a właściwie napisała, że wyjdzie ze mną rano na dwór. Nie wiem, czy dlatego, że chce, czy może nie chce robić mi przykrości, czy też dlatego, że nie ma Pat. Czuję się teraz tak, jakby one myślały "lubiłam ją, czasem fajnie z nią pogadać, ale nie jest już z nami w klasie, nie będziemy razem cały czas. Ten rozdział już za nami, trzeba się z nią pożegnać". Tak, tylko ja nie mam nikogo poza nimi, nikogo, poza naszą starą klasą, której też już nie mam... No, ale chyba jednak jestem dla nich ważna, albo choć trochę ważna.
Chce mi się płakać, gdy pomyśle o swoim życiu. Jest całe zmarnowane. Jestem taka ślepa, leniwa i głupia i nic tu nie pomoże. Po prostu żal mi siebie, nie ma chyba lepszego słowa wyrażającego to, co o sobie myślę. Leniwa, głupia, naiwna idiotka. I czego ty chcesz od życia? Właśnie, dobre pytanie. Najłatwiej powiedzieć szczęścia. To je sobie weź, odpowie życie. Ale jak? I tu już jest twój problem...

Na razie kończę, chyba idę spać, nic tu po mnie, po co się żalić właściwie w nicość? I tak to nikogo nie interesuje. Zresztą, kto to wg czyta? Mam ochotę usunąć bloga, choć szkoda mi całej tej pracy i, no lubię to, lubię blogować, nawet w nicość, ale to lubię. Może sobie wszystko przemyśle nie mogąc zasnąć. Jutro znowu będę musiała iść rano z Zoją na spacer. No dobra, już się nawet nie wkurzam, że tylko po to mnie budzą. Jezu, jaki ten świat jest niesprawiedliwy. Chcesz być dla wszystkich miła, darzysz ludzi pozytywnymi uczuciami, jesteś w stosunku do nich kulturalna i wg, a oni, a świat tylko Cię wyzyskuje. No, nie zawsze tak jest. Teraz przedstawiam wszystko zbyt źle, przecież rodzice, oni tyle dla mnie zrobili. No i czasem się z nimi nie zgadzam, wkurzają mnie lub smucą, ale kocham ich, a oni mnie, chcą dla mnie jak najlepiej. Choć często wcale mnie nie rozumieją i czasem chyba nie wiedzą, co dla mnie lepsze, ale mimo wszystko zrobili dla mnie tak wiele dobrego, robią w każdej chwili. Jak bym sobie poradziła bez nich? A co do Pat i Klaru, są dla mnie ważne i takie pozostaną, choć, nie wiem kim ja jestem dla nich. Ale najbardziej wkurza mnie we mnie to, że zawsze jest we mnie to ziarenko nadziei, które daje mi wątłą, ale jakąś siłę, jednak zawsze jest miażdżone i pozostawia tylko ból, smutek i zawód. No, może nie zawsze...
I wiem, dlaczego tak lubiłam Jacka, bo Jacek, to małe, 8-letnie dziecko, było dla mnie miłe i no, traktowało mnie jak starszą siostrę, ufało mi, zwierzało, oczekiwało pomocy i pewnej opieki, ale w zamian mnie po prostu bezgranicznie lubiło i, no, Jacek był dla mnie kimś jednak ważnym, czułam się za niego w pewnym stopniu odpowiedzialna, próbowałam mu tłumaczyć i bronić go, on z resztą też mnie bronił ;) Pewnego razu ktoś tam do mnie powiedział coś niemiłego, a Jacek zerwał się z kanadyjki i już chciał odpyskować i "użyć siły fizycznej ośmiolatka". Musiałam go powstrzymać, ale zrobiło mi się w sercu tak ciepło, tak przyjemnie, bo ktoś się mną przejmował, nie pochwalałam tego w jaki sposób chciał mi w pewnym sensie pomóc i mnie "obronić", ale sam fakt, że chciał... To, to po prostu było no, wręcz wzruszające, gdy tak o tym myślę. I podobne uczucie towarzyszyło mi, gdy Jacek się uśmiechał, gdy był szczęśliwy, a zdarzało się to prawie tylko wtedy, gdy byłam przy nim. Nasza relacja była niczym relacja rodzeństwa, ja okazałam mu dobre serce i on starał się potem okazać je mi, on wręcz chciał być taki jak ja. Czasem byłam dla niego za ostra, ale już tego nie zmienię, mimo tego mnie lubił, tak jak jest z rodzicami... Właśnie, to było trochę tak jakbym była jego "mamą" , albo może raczej ciocią, czy coś takiego. Nie wiem, ale z Weroniką tak nie umiem, no ale ona jest już na takie matkowanie ,jej, za duża. No i nie ma takich problemów jak Jacek. I z nią jest dokładnie na odwrót: Jacek był miły tylko dla mnie, ona jest miła dla wszystkich oprócz mnie. I co masz tu zrobić?
Ech nie będę nad tym teraz debatować. Przeredaguje ten tekst po raz dziesiąty i pójdę spać. Chce mi się spać, piszę to już od godziny ;) Ale zobaczcie, przecież jakie to jest długie ;P

Ok, dobranoc, wiem, padły tu mocne słowa, ważne słowa, słowa, które powinny przemówić do odpowiednich ludzi, nie pustych ludzi. Więc dobranoc, moi drodzy, albo dobranoc nicości, nie wiem, czy ktoś tam jest po drugiej stronie ;P


PS: Przepraszam, jeśli kogoś uraziłam ;( Nie chciałam, ja tylko napisałam to co czuję... Choć powinnam to chować bardziej w sobie, ale teraz, kasować ponad godzinę pisania... No i napisałam tu nie tylko to, co mi leżało na sercu. Tak czy siak, jakby coś, to ja przepraszam, ja nie chcę u nikogo wywoływać urazy, czy smutku czy jakiegokolwiek innego negatywnego uczucia, ale nie chcę też sama ich odczuwać ;(

4 komentarze:

  1. Ekhem.
    Nie wiedziałam, że tak to odczujesz. Pojechałyśmy sobie na obiad, kiedy było już grubo po piątej. Cóż, myślałam, że masz w ogóle inne plany, bo powiedziałaś, że idziecie do tego kina. Myślałam, że nie chcesz już nigdzie iść, a kiedy zobaczyłam sms po prostu się zdziwiłam. Bo nie ma Patrycji? Nawet nie wiedziałam, że gdzieś jedzie, nie wiedziałam, że jej nie będzie.
    Nie wiem, po raz który przepraszam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wygadujesz bzduuury.
    "lubiłam ją, czasem fajnie z nią pogadać, ale nie jest już z nami w klasie, nie będziemy razem cały czas. Ten rozdział już za nami, trzeba się z nią pożegnać". Przepraszam, ale WTF? Nie wyszłam z Tobą raz na dwór przez nieporozumienie, to już sobie myślę, że mnie nie obchodzisz? Kurczę, no, kurczę. Ja nie mogę no. Kurcza chata, no niby co to było na wywiaderze? Ta odpowiedź Cię nie satysfakcjonuje? Przykro mi, że tak to odbierasz. -.o

    OdpowiedzUsuń
  3. Już wiesz Em, o co mi chodziło, no i wiesz, że w sumie obie byłyśmy "nieporozumiane", no bo ja też myślałam, no, no po prostu trochę przesadziłam, ale, no, poczułam się jak się poczułam akurat i no cóż no, mi też jest głupio, no, ale, no, no tak było no i no, no już wiesz. No więc ja też przepraszam, zadramatyzowałam, no ale no bo widzisz, każdy ma swoją miarkę, która napełnia się z różnych powodów, no i moja się, no akurat przemiarkowała ;( No, ale no wiesz jak to jest no, no. :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiedziałam... w ogóle nie chcecie ze mną wychodzić na dwór... Nic o mnie nie ma bo ja in tak jestem nie ważna... :(:(


    Kamila.... :(

    OdpowiedzUsuń

Skomentuj :D I pamiętaj proszę, by się podpisać.