Majóweczka niemal za nami c: A raczej :c Niemal cała spędzona u babci. Słodko. Przeczytałam kilkaset stron książki, pośmiałam się, zapchałam pysznym ciastem, pooglądałam filmy z ciocią <3 i po prostu, spędziłam w końcu trochę czasu z rodziną. Były spacery w deszczu i szarości, ale lepsze takie, niż żadne. I niemal zepsułam pozytywkę (to było naprawdę dziiiwne, gdy ja podnosiłam wieczko urządzonko nie reagowało, ale gdy to dziadek otwierał skrzyneczkę, natychmiast rozbrzmiewał dźwięk starej melodii). Ta pozytywka należy do mojej prababci. Jest dość stara //kilkadziesiąt lat będzie, nie ma co//, nakręcana maleńką korbką i przypomniała mi o tym, że zawsze chciałam taką mieć. Niewielka szkatułka, a gdy podnosisz jej zdobione wieczko, mechanizm rusza i melodia gładko płynie. Mogłabym w niej chować najcenniejsze skarby, bo przecież posiada "alarm" ;) Niesamowity jest sam sposób działania pozytywki - tak prosty, że aż fascynujący.
Mam ostatnio ze sobą problem. Cały czas czuję na sercu dziwny ciężar, który sprawia, że oczy mi wilgotnieją. Ale tylko wilgotnieją, łzy nie wypływają, nie uwalniają mnie od natłoku myśli i emocji. Nie wiem, czy ktoś z Was też tak ma, ale ja lubię płakać. A czasem pozytywnie myślę nawet o smutku. Bo łzy oczyszczają. Tak jak deszcz, rzeka czy prysznic. A smutek pozwala podsumować dotychczasowe przeżycia, daje możliwość spojrzenia obiektywnie na to, co masz i co możesz mieć. Tak, na to co miałaś też...
Pójdziesz ze mną na dwór?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Skomentuj :D I pamiętaj proszę, by się podpisać.